Dzień między Ziemią a Niebem

czyli 6 XI

Szłam w górach, a może to była tylko jedna góra, I nagle zrobiło się pionowo stromo w dół, widziałam, że nie ma szansy nie spaść i zaczęłam spadać, ale szybko złapałam się kawałka skały I tkwiłam tak bardzo niepewnie stojąc na jakimś mizernym podłożu – to była trawa I odrobinę wystające z ziemi skały, tak pionowo, że stałam przytulona do tej góry i rękami też się trzymałam kawałków skały.

Pomocy. Pomocy – powiedziałam niemal szeptem, Z lewej strony nade mną pojawił sie ktoś mały, albo Zefcio albo Laurent, ale wiedziałam, że prędzej oboje spadniemy niż pomoże mi wyjść, więc zawołałam, żeby odszedł. I wtedy z prawej strony pojawił sie Dominik harcerz! Nawet nic nie powiedział, podał mi rękę I silnym uściskiem pomógł mi przejść na górę, gdzie już było płasko! Aż dziwiłam się, ze sama nie weszłam tą drogą, teraz wydawała się taka łatwa I krótka.

Zaraz się obudziłam i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że to TEN harcerz Dominik! Jeszcze chce mi się płakać.

I cały ten dzień był pełen szelestu skrzydeł istot nie z tego świata. Poszłam do pracy, bo jeden pacjent poprosił, żebym towarzyszyła mu

jak będą go badać biegli (bracia chcą go ubezwłasnowolnić)

To było o 11 na szóstce, spotkaliśmy się przed budynkiem, wpuścili nas I tam czekaliśmy 25 minut! To już mnie oburzyło, że tak ważna I stresująca rozmowa dla pacjenta – ktoś będzie oceniał czy może życ samodzielnie czy jest całkiem szalony – I czeka I czeka, gdyby to było spotkanie z profesor – to by byli gotowi jeszcze przed 11.

Różne wspomnienia I skojarzenia z oddziałem VI, gdzie Basia Japola pracowała kiedyś… Gdzie odwiedzałam hrabiego De Piole…, gdzie prawie nic nie było widac na korytarzu z powodu mgły z dymu papierosów. Teraz jest inaczej, a już najdziwniejszy był dla mnie prawdziwy Murzyn – pacjent! Pokazywał nam jakieś znaki przez szybę w drzwiach.

W pewnym momencie mój pacjent popatrzył na mnie I powiedział:

Taki psycholog jak pani, chętny do pomocy, to rzadkość – czy coś w tym rodzaju.

A to fakt, więc nie zaprzeczyłam, tylko powiedziałam, że takich psychiatrów pewnie jeszcze mniej.

  • Psychiatrzy to już w ogóle!

Nie ma dobrych doświadczeń, a choruje od 16 roku życia, czyli 23 lata.

Najpierw rozmawiała pani psycholog, całkiem miła, potem wszedł doctor, wielki, rozchełstany, z ogromnym brzuchem, nie powiedział dzień dobry ani tym bardziej się nie przedstawił, walił w klawiaturę I wyglądał na mało zrównoważonego. Równie dobrze to pacjent mógłby sprawdzać czy lekarz nie potrzebuje ubezwłasnowolnienia.

Wróciłam do domu, I po 16 zaczęłam się martwić, że jeszcze Laurent nie dojechał, Zefcio nie poszedł do szkoły i Laurent bardzo chciał wracać sam, skończył o 15, więc kiedy ktoś zadzwonił do drzwi, myślałam, że to on, a kiedy otworzyłam a tam stały dwie osoby w mundurach Straż Miejska, przeraziłam się, że coś z Laurentem! I trwało to trochę, bo strażnik przedstawiał sie długo zanim powiedział że chodzi o psa! Ulżyło mi przynajmniej na jakiś czas.

Sąsiedzi wezwali straż, że nasz pies chodzi bez nadzoru, dostaliśmy upomnienie I całkiem dłuższa rozmowa o psach – bo strażnik też ma psa owczarka.

Pani strażnik nic nie mówiła ale też była miła.

Generalnie jeśli chodź raz Doksa wyjdzie na drogę, to mamy przechlapane, bo sąsiedzi mają prawo bać się naszego psa.

W końcu straż poszła ale potem długo stali na drodze – ich samochód I samochód sąsiadów, dziwne to było, chyba rozmawiali na dworze.

A ja wróciłam do kwestii Laurenta, trochę racjonalnie mówiłam sobie, że pewnie łaził z Matim, ale nieracjonalne moje myśli brzmiały: Laurent jest tak kochany I niesamowity, że wiadomo, że nie można go mieć na zawsze – I potwornie sie bałam o niego. Pobiegłam na 8 16.35, ale nie przyjechał. Zadzwoniłam do pani Marzanny po numer do mamy Matiego, pani Marzanna też się martwi. Zadzwoniłam. Mama Matiego powiedziała, że właśnie dzwoniła do Matiego, bo też go nie ma w domu, I że jest dopiero na przystanku I że chodzili po parku z kimś, ale nie wiedziała czy to z Laurentem. Więc po chwili zadzwoniła jeszcze raz, że tak, że dopiero co się rozstali I każdy poszedł na swój autobus.

Wreszcie 17.05 – Laurent był w tym autobusie!

On bynajmniej nie miał żadnych problemów I o nikogo sie nie martwił, byli w parku, przechodzili po mostku I po drzewie co leży nad małą rzeczką – zatem był w tym czasie w zupełnie innym świecie niż ja I Ernest!

Potem z Ernestem intensywnie zastanawialiśmy się co zrobić z psem, sąsiadami, drzwiami, drogą itd, I co jest a co nie jest znakiem z Nieba. Bo na przykład pojawienie się u nas owczarka belgijskiego odczytaliśmy jak znak, żeby wziąć Doksę, a może to był właśnie znak, żeby nie brać żadnego psa? Nie wiemy.

Tymczasem Ernest wymyślił, a może ja to wymyśliłam? żeby od środka wymienić klamkę na gałkę, żeby Doksa nie mogła sobie otwierać drzwi – bo tak to właśnie się zjawiała na dworze, że sama sobie otwiera drzwi skacząc na klamkę.

I Laurent od razu wziął się do wykręcania klamki wkrętarką, ale utknęliśmy na jednej śrubce co nie chciała wyjść, I Ernest dokończył naszą robotę.

A dziś zawiozłam Laurenta do szkoły samochodem, choć był gotów jechać sam autobusem, ale ucieszył się, że pojedziemy razem, tak jak jego “kolega co nie znosi Tosi, ale i tak woli jechać autobusem z Tosią niż sam “ : – )

A oto prorocza ilustracja tego dnia – wykonana tydzień temu przez Laurenta! Doksa na drodze sąsiadów i Laurent w Parku 🙂

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top